Menu

Steppenwolf's Diary

Zbiór moich przemyśleń, psychoterapia przez pisanie.

Siła

wolf1982

Kiedyś, będąc jeszcze w liceum wracałem wieczorem do domu z próby Poloneza. Byłem w ostatniej klasie szkoły średniej i przygotowywałem się do studniówki. Usłyszałem jakieś wyzwiska, podszedłem do kilku młodszych chłopaków z jednym z nim z nich już wcześniej miałem problemy. Nie pamiętam dokładnie tej sytuacji, ale zaczęliśmy się bić. Później wróciłem do domu, z rozcięta wargą i brudnym ubraniem, wziąłem kąpiel całkowicie obolały byłem z siebie zadowolony jak nigdy dotychczas. Mówiłem do siebie, "dałeś radę" nie przestraszyłeś się, byłem z siebie dumny, przeszedłem test, napełniło mnie to siłą, czułem, że nie jestem już słaby, że nie muszę myśleć o sobie jak o kimś słabym. 

Później takie sytuacje miały miejsce jeszcze kilka razy w moim życiu, kolejna bójka była już ustawiona, pamiętam swój strach, jak bardzo chciałem jej uniknąć, będąc "dzieckiem z dobrego domu" nie miałem za dużo doświadczenia w bijatykach, mój przeciwnik również nie był ulicznikiem z krwi i kości, ale jednak była między nami przepaść, pochodziliśmy z różnych środowisk i dla niego bójka była czymś o wiele bardziej naturalnym niż dla mnie. Kolejny raz dałem radę, napełniło mnie to samo uczucie, co wcześniej, przełamanie swojego strachu, było czymś wspaniałym. 

Kolejna taka sytuacja miałem miejsce lata później, trafiłem do szpitala, szczegóły nie są istotne, nie chciałem informować rodziny, chciałem przeżyć ten ból i strach samemu, chciałem znowu poczuć się silny, kolejny raz sprawdzić się w sytuacji ekstremalnej. Wróciłem samotnie taksówka do domu, ze zdrętwiała od wenflonu ręką, ledwo udało mi się wejść po schodach, byłem głodny, wyczerpany i samotny, ale znowu czułem dumę, czułem siłę. Byłem tylko ja i świat, nie potrzebowałem nikogo. 

Miałem jeszcze kilka takich doświadczeń w życiu, może to były moje rytuały przejścia, te zdarzenia uświadomiły mi, że nie musze być słaby, że można być silnym, jeśli tylko się tego chce. To uczucie siły i dumy ze zwycięstwa nad swoją słabością, nad światem zmieniły moje postrzeganie samego siebie. Z takim bagażem doświadczeń inaczej patrzyłem na trudne sytuacje, które przytrafiały mi się życiu o wiele bardziej wierzyłem, że mi się uda, że bez pomocy innych osób będę w stanie przełamać swój strach. 

Tak bardzo chciałem uniknąć tamtych sytuacji, nie musieć podejmować wyzwania, ale myśl o tym co będę czuł, jak spojrzę w lustro, jeśli nie podejmę wyzwania była jeszcze gorsza niż strach. Można powiedzieć, że bardziej bałem się tego, że nie podejmując wyzwania nie będę w stanie żyć z tą myślą. Rejterując musiałbym żyć z piętnem tchórza, a próbując zmyć je z siebie, cały czas podejmowałbym bardziej ryzykowane działania, ale nie chciałem być drugim "Lordem Jimem". Chciałem sobie coś udowodnić, ale nie chciałem bawić się w samobójcę, ryzyko zawsze było akceptowalne wystarczające do tego, żeby się zahartować i przeżyć. 

 

 

 

 

 

Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • endoen83

    Moja pierwsza bójka prawdziwa też dała mi podobne odczucia, może nie byłem panem świata, ale jednak poczułem się pewniej. Nauczyłem się bronić swoich granic fizycznie. Potem jeszcze parę razy miałem bójki i też dałem radę. Dziś jednak uczę się odpuszczać i rozmawiać z ludźmi tak długo jak się da, rzadziej prowokować. Nie uważam, by to było tchórzostwo. Ręce potrzebne są mi do pracy, gdy będą chore lub obolałe od bójek, praca codzienna będzie jeszcze cięższa. Kalkuluje więc więcej pod tym względem. Z drugiej strony bycie super maczo czy sprawdzanie się w bójkach nie zastąpi umiejętności miękkich i socjalizacji z ludźmi. Co z tego, że umiem się obronić, wejść na dźwig bez asekuracji bokiem po żeberkach, jak mam problem by porozmawiać szczerze o swoich emocjach z rodzicami, bratem czy znajomymi, lub zachować się inaczej w tłumie niż sam tłum, itd. Jest wiele przestrzeni do pracy nad sobą, a jak nam się nie uda w danym momencie, bo zje nas strach, to myślę, że mamy prawo do tego i takie jest życie. Czasem się nam coś nie uda, to następnym razem wyciągniemy wnioski i postaramy sie, by się udało. Życie jest i tak wystarczająco trudne i zbyt wielu ludzi nas ocenia nie mają pojęcia wielkiego, co się z nami dzieje, by jeszcze sobie dowalać i wyzywać od tchórzy, lepiej się pochylić nad sobą i przytulić, zbić piatkę i powiedzieć, stało się, ale to nie koniec świata.

  • wolf1982

    @endoen83
    Zgadzam się w pełni z tym co napisałeś. Akceptacja samego siebie, pokochanie siebie jest warunkiem koniecznym do akceptacji innego człowieka i pokochania go. Czytałem kiedyś bardzo fajną książkę "Ja jestem OK, Ty jesteś OK": www.matras.pl/ja-jestem-ok-ty-jestes-ok,p,8685 to książka, która pokazuje czytelnikowi metody za pomocą, których można właśnie "przytulić siebie", przestać formułować oczekiwania wobec innych ludzi i później frustrować się tym, że inni tych oczekiwań nie spełniają.

    Można być bardziej wyrozumiałym dla siebie, wykształcić w sobie tzn. "rodzica akceptującego", zaprzestać karania siebie i dążenia do zadowalania innych ludzi tzw. "głasków". Poczucie naszej wartości jest w nas, a nie w świecie zewnętrznym, to czy dobrze czuję się sam ze sobą, nie powinno zależeć od zdania innych osób, ale od mojego własnego zdania.

© Steppenwolf's Diary
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci